Czas i pieniądz

Julka spóźniła się dobry kwadrans. Nie ma sprawy, komu jak komu, ale mnie to nie przeszkadza – brak punktualności to jedna z niewielu konsekwencji, których przestrzegam dość skrupulatnie. Kto wie, czy nie jedyna.

Spóźniła się na zajęcia indywidualne. Tym bardziej nie szkodzi, nie ma chyba nic bardziej indywidualnego niż poczucie czasu. Umówiliśmy się na lekcję w szkole, ja i tak prowadzę stamtąd onlajny, a Julka miała w końcu okazję, żeby wyjść z domu.

Swoją drogą to niezły paradoks z tym indywidualnym nauczaniem. W myśl prawa, które akurat z myślą niewiele ma wspólnego, uczeń „indywidualista” w trybie nauki stacjonarnej powinien być nie tylko odizolowany od klasowych rówieśników, ale od rówieśników w ogóle – mówiąc wprost, skoro kwalifikuje się na nauczanie prowadzone w domu, to ma coś w rodzaju zakazu wstępu do szkoły. Logiczne, prawda? A że obecnie rzeczywistość szkolna jest postawiona na głowie to okazuje się, że to koleżanki i koledzy Julki zostali uwięzieni w domach z nakazem trzymania się od szkoły z daleka, a Julka, jako że w pojedynkę nie narusza przepisów o zgromadzeniach publicznych, może wpadać do mnie na zajęcia. Dopytam raz jeszcze, dla pewności – logiczne, prawda?

Obgadaliśmy ostatni esej Julki. Przygotowuje się do matury na poziomie rozszerzonym, dużo czyta, dużo wie, więc dyskusja toczyła się od dygresji do dygresji. Nie lubię wpadać w patos, nawet nie z powodu wątpliwej estetyki, ale tak po prostu – ze strachu, jednak muszę przyznać, że takie spotkania z młodymi ludźmi są dla mnie niezwykle ważne. Dzięki nim mam jeszcze resztki sił i motywacji, aby tkwić w tym poplątanym systemie, mimo wszystko.

Czas płynie, Julka opowiada. A ja zerkam coraz częściej na zegarek. Zgodnie z planem powinniśmy niedługo kończyć. Wszystko jest dopasowane i wymierzone, trochę na ścisk, ale nie mam zbytnio wpływu na umeblowanie następujących po sobie godzin. Zaraz powinienem wyjść ze szkoły i jechać do żłobka po synka. Lubię ten rytuał, najbardziej kiedy wybiega zza drzwi i z wypiekami opowiada, że znów dziś „robił psoty” razem ze swoim najlepszym kumplem Mikołajem. Nie chcę tracić takich chwil.

Czas płynie, Julka opowiada. Naprawdę ciekawie opowiada. Dzieje się moja szkoła idealna, nie muszę gadać przez godzinę, zrzędzić, zachęcać. Po prostu słucham, dodaję coś od siebie, podsuwam inną interpretację, nowy tekst. Uczymy się nawzajem. Tylko ten czas, wciąż go brakuje, a dziś w szczególności, w końcu Julka się spóźniła, nie możemy zamknąć wątku i nakreślić wniosków, bo zaraz muszę wyjść. Czas naciąga się do granic wytrzymałości, trzeszczy, ale jak tak przerwać bez puenty? Bez sensu. A żłobek i żłobiak czekają. Więc drogą kompromisu: wnioski na skróty, powierzchownie, szkoda, wielka szkoda, ale i tak pięć minut po czasie.

Wychodzimy razem ze szkoły, Julka do domu, ja do żłobka. Łapiemy oddech, świeże powietrze i pobyt poza domem dobrze działają, oczyszczająco. Rozmawiamy jeszcze chwilę, o literaturze, o samopoczuciu, o pisaniu. Julka przyznaje, że czyta bloga, że sama kiedyś pisała, ale przestała. A ja, oprócz tego, że jak zwykle w takich sytuacjach czuję się skrępowany, wiem dlaczego już nie pisze. Szkoła wykształca w nas odruch oceniania innych, ale przede wszystkim siebie. Krytycznego oceniania. Surowego oceniania. Dużo mnie kosztowało, by zdobyć się na odwagę i upublicznić swoje przemyślenia; bliscy mi ludzie musieli włożyć wiele wysiłku, zanim przekonali mnie, że warto. Zresztą do dziś im nie dowierzam, ale mówię o tym Julce, tym razem to ja przekonuję, że warto pisać. Nie dla innych, ale dla siebie. Pisanie to nie sprawdzian, to terapia, ale przede wszystkim przyjemność – przyjemność piszącego. Julka słucha i odchodzi zamyślona. Mam wrażenie, że jest zadowolona z tego spotkania. Mam wielką nadzieję, że niedługo znów coś napisze. Najwyższy czas. A właśnie, czas! Kolejne dziesięć minut, razem to już kwadrans, znów jestem spóźniony… Spóźniony o kwadrans do żłobka, spóźniony o kwadrans w drodze do mojego synka.

***

No dobrze, to może jeszcze raz, bez zbędnych emocji, w końcu emocje przysłaniają tylko obiektywny ogląd rzeczy.

Czy mój syn stracił szczęśliwe dzieciństwo, bo tata odebrał go ze żłobka kwadrans później? Nie znam się, ale zakładam, że nie.

Czu Julka coś zyskała, bo poświęciłem dla niej kwadrans mój i mojej rodziny? Nie jestem pewien, ale zaryzykowałbym tezę, że tak.

Czy mnie to cieszy? Nie, raczej powoduje zamyślenie.

Czy jeśli nazbieram tych darmowych kwadransów więcej i powiem kiedyś synowi „wiesz, taty często nie było na czas, albo często w ogóle nie było, bo akurat pomagał innym dzieciom”, to znajdę u niego zrozumienie? Obawiam się, że niekoniecznie.

Czy pracuję dla idei? Nie, pracuję zarobkowo.

Czy lubię swoją pracę? Tak, mimo wszystko, wciąż tak.

Czy lubię poświęcać swój czas uczniom? Tak.

Czy będę robił to za darmo, jako kolekcjoner kwadransów? Nie.

Czy dobrze się z tym czuję? No, zgadnij…

***

Jakiś czas temu Minister Edukacji i Nauki zaanonsował z dumą, że w szkołach mogą odbywać się stacjonarne konsultacje. Kierowane są one w szczególności do ósmoklasistów i maturzystów. Tak więc Minister zaanonsował i nie omieszkał wielokrotnie o tym przypomnieć w swoich licznych wywiadach. Konsultacje miałyby się odbywać poza obowiązującym planem lekcji w celu lepszego przygotowania uczniów do zbliżających się egzaminów. Zapewne ważnych w świetle ich dalszego edukacyjnego rozwoju. Zapewne stresujących. Zapewne wymagających wsparcia.

Czy chciałbym pomóc swoim maturzystom? Tak, bo mimo że nie daję im tego odczuć – lubię ich.

Czy chciałbym spotykać się z nimi na konsultacjach? Tak.

Czy spotkam się z nimi na darmowych konsultacjach, poświęcając niezliczoną ilość kwadransów moich i mojego synka? Nie.

Czy dobrze się z tym czuję? No, zgadnij…

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *