Marta Frej Memy

Dzień Matki

26 maja, lekcja języka polskiego. Właściwie to lekcja historii literatury, bo o języku w liceum mówimy niezbyt często. Klasa ma wpisany w profil zakres rozszerzony, w dodatku to program autorski, więc płyniemy przez tematy, toposy, archetypy i nawiązania, jak wiatr nam zawieje, sami sobie sterem żeglarzem okrętem. To znaczy ja płynę (to jedyna odmiana pływania, w której jakoś utrzymuję się na powierzchni), a uczniowie to już różnie: niektórzy nadążają, pewnie są też tacy, którzy mnie wyprzedzili, jest zapewne grono topielców i kilkoro rozsądnych, którzy zawczasu wyszli z wody. Nauka zdalna, nie ma zasad i ograniczeń.

Brzegu nie widać, a my dopływamy tym statkiem szaleńców do tekstu Grochowiaka, do jego poetyckiej reinterpretacji Piety Belliniego. Uznanie dla Autora, kawał dobrego wiersza, a w nim bohaterka Kobieta-Matka, która przegląda się w wizerunku Maryi-Matki. Przegląda się i w wizerunku tym redukuje do figury Matki w ogóle, Matki-Opiekunki, Matki-Poświęcającej się, Matki-Cierpiącej. Kilka chwil i nie ma już ani Kobiety, ani Maryi nawet, jest tylko Matka.

Zaczyna mnie to zastanawiać i poniekąd martwić. No bo kim jest ta postać/osoba? Kim jest, albo raczej kim była czy kim mogłaby być, gdyby nie stała się Matką? Czy bycie Matką oznacza ograniczenie zbioru cech osobowości i potrzeb do opieki, poświęcenia i cierpienia? Czy to oznacza, myślę sobie, że zaczynając grać rolę Matki kobieta staje się momentalnie aktorką drugoplanową? Nie zagra już dla samej siebie, stanie się tłem i wyostrzy wizerunek tego, kim się opiekuje, za kogo się poświęca i cierpi? Tak właśnie myślę 26 maja, podczas lekcji języka polskiego, a z zamyślenia wyrywają mnie słowa:

– Wie pan co, teraz to zaczyna mnie to przerażać – mówi lekko zmieszany dziewczęcy głos zza teamsowego awatara.

(no i k**** brawo dla mnie, nauczyciel roku… to się chyba nazywa myśleć na głos…)

***

Przychodzi kolejna lekcja, a ja się nie poddaję. Trudno, gdybym miał zrażać się swoimi niepowodzeniami i niezręcznościami to rzuciłbym tę pracę już dawno, w końcu przytrafiają mi się nieustannie. Idę więc za refleksją i proponuję uczniom przegląd szkolnej listy lektur w poszukiwaniu Bohaterek-Matek. Zadanie wydaje się łatwe, w końcu każdy jakąś matkę mieć powinien. Powinien, co nie znaczy, że ma i tu się nie po raz pierwszy zderzamy z kanoniczną wizją świata na podstawie polskiej literatury szkolnej.

Bo taki, dajmy na to Konrad-poeta, Tadeusz Soplica czy Stach Wokulski matek nie mieli wcale. W swojej/nie swojej potrzebie istnienia okazali się samowystarczalni, ewentualnie dookreśleni przez mniej lub bardziej udaną osobowość Ojca. Raczej mniej, niż bardziej. A poza tym znaleźć możemy jeszcze:

Bogurodzicę, czyli Matkę Boga / niech mi się stanie według słowa twego;

Panią Rollison, czyli Matkę swego dręczonego syna, samotną starą kobietę w walce z autorytaryzmem i obłudą, w wale o syna właśnie, nie o siebie;

Helenę Stawską, czyli Matkę niby-emancypantkę, ale jednak jej byt jest określony potrzebami córki, więc to po prostu Matka swojego dziecka (dla młodzieży nieomal anonimowa, tak mało w niej charyzmy i literackiego charakteru);

Matkę-upominającą, Matkę z zaświatów, wykonującą bożą misję – dla dobra syna, z polecenia Ojca, czyli postać-widmo z Trenu XIX Kochanowskiego;

Matkę-nieistotną, starą i nieatrakcyjną, Matkę-tło dla fascynacji Ojcem-Demiurgiem (dziwakiem w gruncie rzeczy) z prozy Schulza;

Matkę-groteskową, która śmieszna staje się zwłaszcza wtedy, kiedy nie Matką, a Przyjaciółką swej córce chce być, ponad Formą w nową Formę brnąwszy; jako Matka nazbyt sztuczna, jako nie-Matka – w potrzasku Gombrowicza.

Taką mamy listę, taki kanon. A poza nim niewiele lepiej: Marta Orzeszkowej, Jadwiga Barykowa, albo Eleonora z „Tanga”? Matki matkujące, a kiedy nie matkują to złe Matki, anty-Matki, i tylko w jedynej właściwej matczynej figurze nabierają jakiegokolwiek sensu i wyrazu – wyrazu jednak o mocno ograniczonym znaczeniu.

***

Wydaje się, że z takim kodem kulturowym nie można wygrać. Poza nim istnieje tylko surowa społeczna ocena i potępienie kobiety: przyszłej-Matki, jeszcze-nie-Matki, kiedy-w-końcu-Matki, a-dlaczego-niby-nie-Matki?

Sam kod także wymaga oceny, czy kobieta jako Matka się sprawdza, czy jest na każde zawołanie, czy zdolna do poświęceń, czy współcierpi. I bez względu na starania będzie to zazwyczaj ocena z pewną przyganą, cmoknięciem i pokiwaniem głową, bo dlaczego dziecko płacze, a niegrzeczne jest dlaczego, a język ma niewyparzony i krnąbrne jest i wstyd jeden wielki, bo cię matka źle wychowała!

Co zatem można zrobić? Niewiele, nic prawie, można zostawić te bezcelowe refleksje i oddalić się w kierunku stoiska z podwiędniętymi tulipanami, nucąc z radością i poczuciem ulgi, że na szczęście:

„Nie boję się, gdy ciemno jest,
Ojciec za rękę prowadzi mnie.

Sanki są w zimie, rower jest w lato,
Mama to nie jest to samo co Tato!”

***

PS. Kiedy kupimy już te tulipany, to zanieśmy je komu trzeba, wetknijmy w wazon i może porozmawiajmy chwilę.

PS2. A jeśli w Matce nie potrafimy zobaczyć drugiego Człowieka… to trudno, też możemy kupić kwiaty i też możemy je wetknąć. Sobie. W d***owolne miejsce.

***

zdjęcie pochodzi ze strony: Marta Frej Memy (Facebook)

(tekst opublikowany 26 maja 2021)

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *