Indeks ksiąg zakazanych?

Dziś jest ten dzień. Zostałem mianowany ekspertem Ministerstwa Edukacji Narodowej! Moja praca polega na wyrażaniu opinii dotyczących zmian na liście lektur. Merytorycznych opinii! Oczywiście chodzi o dobro uczniów i pomoc przed zbliżającym się egzaminem maturalnym. Termin zakończenia prac mija już 27 listopada, czasu jest niewiele, ale wykonanie zadania jest jak najbardziej realne.

Nie wierzycie? No dobrze, może lekko naginam rzeczywistość, reinterpretuję fakty, dopowiadam. Bo jeśli tak na to spojrzeć, to…

Dziś dzień jak każdy inny, wciąż w trybie nauki zdalnej, która usiłuje udawać, że jest stacjonarna, tylko że zdalna. Tak jak moi maturzyści, którzy usiłują udawać, że przygotowują się do egzaminu, chociaż niezupełnie wiedzą jak ma wyglądać ten egzamin i czekają na informacje z Ministerstwa. Z tego Ministerstwa, które usiłuje udawać, że panuje nad sytuacją, chociaż im bardziej usiłuje, tym bardziej udaje i przyglądanie się temu udawaniu wprawia w coraz większe zażenowanie. Takie, że już nawet udawać trudno.

No i w tym wszystkim ja. Dobrze, przyznam się. Tak naprawdę nie zostałem mianowany ekspertem Ministerstwa. Samozwańczo się mianowałem. No i nie ekspertem, tylko bardziej takim jojczącym dziadem borowym, co to jojczyć będzie nad kształtem niekształtnym kanonu. I nie merytorycznie, bo nikt w Ministerstwie nie wie co to znaczy, a jak się o czymś nie wie, to to coś nie istnieje. Właściwie też nie robię tego dla dobra uczniów, bardziej dla dobra własnego, żeby odreagować całą sytuację. A termin to już na pewno przekroczę. Przynajmniej w niedotrzymywaniu terminów będę w zgodzie z samym sobą.

Tak, wiem, nie brzmi najlepiej. Ale wierzcie lub nie, starałem się. Podjąłem próbę! Natchniony licznymi wypowiedziami Wielkiego Mentora Czarnka, spojrzałem krytycznym okiem na szkolną listę lektur. Próbując naśladować Ministra, nawet spod byka spojrzałem, lekko z ukosa, chociaż prosto w twarz problemom, a tych – niestety – jest niemało. No choćby dziś…

Poranek, blady świt, pierwsza lekcja. Pierwsza lekcja i klasa pierwsza, młode to, naiwne, niewinne, mogłoby się wydawać. I temat bezpieczny, z daleka od spraw bieżących, co by niewinność dziecięca uszczerbku żadnego nie doznała. Sofokles, tragedia antyczna, dobry tekst, bo kogo to może obchodzić? Kreon, władca-despota, rozmawia z synem, młodzieńcem-uosobieniem głosu ludu. Bo ten lud chce, żeby despota wycofał się ze swojej decyzji. Bo z nikim jej nie konsultował. Bo sam ustanowił prawo, w duchu przekonania o własnej nieomylności. Bo swój niby autorytet i przywiązanie do martwych symboli przedkłada ponad dobro żyjących. I wreszcie – co uczniów irytuje najbardziej – ten despota krzywdzi ludzi, a najbardziej kobietę krzywdzi. Bo młoda, bo myśli samodzielnie, no i przede wszystkim bo kobieta, a w świecie tego despoty kobieta ma jedno prawo – wykonywać polecenia.

Dyskusja się toczy, młodzi snują coraz bardziej śmiałe interpretacje, coś im się kojarzy, budują analogie, utożsamiają. I patrzą, i słuchają i mówią zza tych swoich awatarów z czerwonymi błyskawicami. No sam Pan Minister rozumie, robi się niezręcznie, bo co z tego, że młodzi i niewinni, skoro inteligentni i myślący? Trzeba, koniecznie trzeba coś z tą lekturą zrobić. Ocenzurować? Źle się kojarzy, ludzie będą gadać. Lepiej usunąć. Zamienić. Może by ten Wencel coś napisał? W końcu jest dramatyczny. Nawet bardzo dramatyczny, więc by się nadał.

Druga lekcja i klasa druga, taki zbieg okoliczności. Tutaj, myślę, pójdzie łatwiej, bez szkodliwych treści, bo w planie „Dziady”. TE „Dziady”! A jak TE „Dziady” to wiadomo, będzie patriotycznie i religijnie i Polska Chrystusem Narodów i Bóg z Nami i Wuj z Wami i Śmierć Wrogom Ojczyzny! Czytamy fragment sceny więziennej, taka bajka-przypowieść, jak to Zły, chcąc dokuczyć tym dobrym, uderza w to co najcenniejsze – młode pokolenie. I paradoksalnie przyczynia się do konsolidacji tego pokolenia, do jego aktywizacji społecznej i politycznej, wreszcie budzi w nim gniew i na horyzoncie jawi się widmo buntu.

I co? I znów kłopot, Panie Ministrze, bo uczniom to się nijak nie kojarzy z Carem i zaborami, bo co to ich dziś obchodzi? Oni widzą w tym pewną dziejową powtarzalność, że władza despotyczna zawsze obawiała się młodych, wykształconych, a zwłaszcza wkurwio… no tych, oburzonych. Że potrafiła straszyć celą Konrada na 24 godziny, albo przejechać kibitką po stopie, albo kazała czytać i mówić w języku, który nie był ich językiem, bo nie opisywał i nie oddawał problemów ich świata. ICH świata, rozumie Pan, Panie Ministrze, powagę sytuacji? Tylko problem będzie z tym Mickiewiczem, zobaczy Pan. A usunąć… no nie, byli już tacy, co kazali usuwać. Aż ręce opadają z bezradności, ratuj, Mistrzu, dopomóż!

Cała nadzieja w maturzystach, świta mi myśl desperacka, z nimi łatwo się porozumieć. Przeszli już swoje, lata tkwią w systemie, oduczyli się stawiać śmiałe i prowokujące tezy, a niektórzy to nawet dobrowolnie chodzą na religię! A teksty w planach niezbyt porywające, takie „Przedwiośnie” choćby. Ostatnia scena: młody wkurwiony człowiek idzie na czele innych wkurwionych ludzi, o których nikt nie dba, którzy pozostawieni sami sobie, bez środków do życia w dobie kryzysu, idą po pomoc pod Belweder. Bo gdzie by mieli iść? Są co prawda obywatelami drugiej kategorii, drugiego sortu, jak ktoś kiedyś zabawnie powiedział, ale jednak obywatelami – i jako obywatele mają prawo oczekiwać od władzy działania, no wyjścia do nich chociażby, rozmowy. Ale władza, jak to władza, odgradza się od obywateli kordonem policji i wojska, strzeże swojej twierdzy, mimo że podobno nie jest jej dana na zawsze – ani ta twierdza władzy, ani tym bardziej władza władzy. No i ta władza niby demokratyczna, a jakby niezupełnie. I niby troszczy się o obywatela, ale pałką można za poglądy oberwać. No i ten Żeromski, łatwo w Internecie wyczytać, że – z całym szacunkiem Panie Ministrze – lewak i tyle. I co mam zrobić, belfer w potrzasku bezsilności? Zmienić temat? Na co, na Tuwima może? Przecież ten to lewak dopiero, a i Żyd, a wiadomo, że jak Żyd, to bez duszy, a bez duszy polskiej-narodowej to co to za poezja? Iwaszkiewicz? Tęczowy! Gombrowicz? Noo bez komentarza.

Źle się dzieje, źle się dzieje w państwie polskim, więc z głębokości wołam do Ciebie Panie Ministrze, jeno niech będziem pod skrzydłami Twemi, bo zniża się wieczór świata tego tam, gdzie chodziliśmy na kremówki, po maturze…

A właśnie, matura.

Jako samozwańczy ekspert zgłaszam postulat:

Panie Ministrze, na indoktrynację jest za późno, niestety, młodzież mamy świadomą i wbrew powszechnej opinii – samodzielną. W dodatku rodzicie nie są tak skłóceni ze środowiskiem nauczycielskim, jakby sobie Pan życzył. Lista lektur jest jaka jest, ale to jednak wartościowa literatura, w rękach świadomych odbiorców zawsze będzie orężem przeciwko takim jak Pan. Proszę się pogodzić z nieuniknionym, Pana już niedługo nie będzie w Ministerstwie, więc korzystając z ostatnich chwil może mógłby Pan zorganizować młodym ludziom ważny dla nich egzamin? Poinformować jak będzie wyglądał? Zasugerować, jak mają się do niego przygotować? To naprawdę nie wymaga wielkich kompetencji, wystarczy, że zapyta Pan kogoś, kto ma o tym pojęcie. Aha, i proszę ograniczyć liczbę wywiadów i wystąpień publicznych, najlepiej do minimum, ręczę, że będzie to z korzyścią dla Pana.

PS. A te obiecane 500 złotych może Pan sobie zaaplikować tam, gdzie Jadzia dziesiąty grosz w piosence Kazika. Sławomir Świerzyński z Bayer Full wytłumaczy Panu, o co chodzi.

Tekst opublikowany na portalu Facebook 26 listopada 2020

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *