JA, MENEL

Jesień

Pan Menel pracuje na parkingu przy gmachu jednego z gdańskich sądów. Chociaż parking to nazwa dość umowna, jest to zwykłe ziemiste klepisko, pełne dziur czyhających zdradziecko na nieuważnych kierowców i zbyt niskie zawieszenia ich aut. Ale pomieści co najmniej dwadzieścia pojazdów, no i przede wszystkim żadna firma podejrzanej proweniencji nie pobiera opłat, więc cieszy się sporą popularnością wśród współpracowników Temidy i okolicznych mieszkańców.

Pan Menel kieruje ruchem. Żwawo gestykulując, wskazuje prowadzącym bezpieczne ścieżki między koleinami i wyznacza miejsca postoju. Właściwie trudno nazwać to pracą, bo Panu Menelowi nikt nie płaci, a on sam także nie wyciąga ręki po należność za „popilnowanie samochodu”. Jest jakby samozwańczym szefem tego miejsca, tajemniczym imperatorem na dzikim parkingu, przybyłym znikąd i do końca nie wiadomo w jakim celu. Jednak jego wola grania swojej roli jest tak przemożna, że nikt nie zadaje zbędnych pytań. Pan Menel po prostu jest. Pojawił się, narzucił sobie tylko znane zasady korzystania z klepiska, ustanowił prawo i konsekwentnie je egzekwuje. Wrósł w to miejsce.

Mijam się z Panem Menelem w drodze do pracy. W tym roku szkolnym odstawiłem auto i chodzę piechotą. Niby dla zdrowia. Ale też bez przesady, dlatego wybieram najkrótszą drogę. Chcąc oszczędzić czas, muszę pokonać na przełaj dziki parking obok sądu. Muszę wejść we włości Pana Menela. A nikt nie przemknie przez jego terytorium niezauważony. Nieważne ile aut w danym momencie ustawia, jak bardzo wydaje się zaabsorbowany utrzymywaniem w ryzach swojego autorskiego układu parkingu, zawsze mnie dojrzy.

Męczy mnie to. Szukam bocznych odnóg, tajnych przejść, nieoczywistych ścieżek. Ukrywam się za pojazdami, staram się wtopić w otoczenie. Nic z tego. Scenariusz jest zawsze taki sam. Pan Menel pojawia się znienacka, wyrasta jak z podziemi. Jego małe ruchliwe oczy monitorują przestrzeń, łapie mnie spojrzeniem, przytrzymuje chwilę w niepewności, po czym rzuca swoje charakterystyczne: „Dzieeeń dooobry, panie kierowniku! Miłeeego dnia życzę!” Uśmiecha się przy tym tajemniczo. Zdaje mi się, że życzliwie i ironicznie jednocześnie. Nie rozumiem skąd ta życzliwość. No i skoro życzliwość, to po co wtedy ta cała ironia? Przeciwko komu ta ironia? Przed czym?

Zima

Dzieeeń dooobry, panie kierowniku! Miłeeego dnia życzę!” Znów to samo. Nie poddaje się i nie odpuszcza. Dzieje się to już od kilkunastu tygodni, dzień w dzień, nie licząc weekendów. Myślałem, że zima trochę go ostudzi, oszroni jego zapał i przymrozi energię. Nic z tego. Narzucił na plecy podziurawiony waciak, owinął się szalem i ukoronował wełnianą czapą. I trwa. Dopiero teraz zauważyłem, że wspomaga się jakimś specyfikiem. Nie wiem co to, bo butelkę szczelnie zawija w gazetę. Może w ten sposób podtrzymuje temperaturę, waciakiem i gazetą?

Przez pewien czas śnieży obficie, dziki parking tonie w zaspach. Pan Menel się nie zraża, zorganizował sobie łopatę do walki z prawami natury i dalej niestrudzenie ustawia samochody jak należy, zagadując przy okazji kierowców i życząc wszystkim miłego dnia. I mnie także.

Muszę się do czegoś przyznać. Wstydliwa sprawa. Od samego początku próbowałem unikać Pana Menela, udawałem że się spieszę, że nie mam czasu, że mam coś ważnego do zrobienia, że praca. A on tylko się uśmiechał. No bo kogo chciałem oszukać? Jestem nauczycielem polonistą, jaką niby ważną pracę miałbym do wykonania? Dziś mam przeczucie graniczące z pewnością, że o tym wiedział. O moim bezproduktywnym dreptaniu z dnia na dzień.

Ale był jeszcze jeden powód. Próbowałem unikać Pana Menela, bo nie radziłem sobie z tym jego uśmiechem życzliwości, nawet jeśli ironicznej. Przecież nie jest to normalne zachowanie, taka otwartość na obcego człowieka. Wychowałem się w latach 90. pośród gdańskich blokowisk, jeśli ktoś podchodził do mnie pewnym krokiem i z tajemniczym uśmiechem, to zwiastowało to raczej szeroko pojęty nieuchronny “wpierdol”, próbę kradzieży, albo co najmniej filozoficzną zaczepkę pytaniem retorycznym: „ej, masz kurwa jakiś problem?” Tak się składa, że zawsze jakiś miałem, ale nie jestem zbyt wylewny i chętny do zwierzeń, więc szybko nauczyłem się unikać uśmiechniętych ludzi.

Pan Menel nie chciał mojego telefonu. Nie gromadził zbędnych przedmiotów. Wyznaczył sobie granice jakiejś części rzeczywistości, zaanektował ją i ustanowił na niej swoje zasady. „Miłeeego dnia życzę!” było jednocześnie manifestem i pokazem siły, ale też wyzwaniem. Wyzwaniem, które – ku mojemu zdziwieniu – w pewnym momencie podjąłem.

Wiosna

Przetrwaliśmy najsmutniejszą zimę od wielu lat. Obaj. Ja w jakimś stopniu dzięki niemu. Pan Menel codziennie udowadniał, że poczucie sensu istnienia nie jest niepojętą abstrakcja, nie jest czymś, co trzeba studiować, zgłębiać i rozumieć. Nie trzeba go nawet jakoś szczególnie poszukiwać. A już na pewno nie zależy od innych, ich woli, ich bóstw i ideologii. Wystarczy być, przejąć swój kawałek klepiska, ustalić własne reguły gry i trwać. Mimo wszystko. Wbrew wszystkim. Przymykać oko na okoliczności, mówić dzień dobry i uśmiechać się. I nigdy, pod żadnym pozorem, nie zapomnieć o ironii.

Pan Menel swoim niezłomnym trwaniem sugerującym poczucie sensu przełamał mój niepokój. Oswoił nieufność. Razem z nadejściem cieplejszych dni coś się we mnie zmieniło. Zbliżając się do znajomego parkingu szukałem wzrokiem mojego Mistrza, odpowiadałem na pozdrowienia, a z czasem pierwszy unosiłem dłoń w geście powitania.

Potem wchodziłem uśmiechnięty do sali lekcyjnej i rzucałem energiczne: „Dzieeeń dobry, drodzy! Witam was w ten piękny wiosenny poranek!” Uczniowie nie mieli dokąd uciec, więc tylko siedzieli niemo, spuszczali głowy, a co wrażliwsi patrzyli na mnie z troską i współczuciem.

Lato

Wraz ze wzrostem temperatury, parking coraz bardziej pustoszał. Zbliżały się wakacje, sezon urlopowy, moda na rowery, spacery i inne wielkomiejskie dziwactwa. Wolna przestrzeń na dzikim parkingu robiła się większa i większa. Nie wymagała już ingerencji siły wyższej woli i zamysłu. Zaczęła pochłaniać ustalony porządek rzeczy. Wydaje mi się, że mogła pochłonąć też Pana Menela.

Bo krótko przed końcem roku szkolnego, Pan Menel zniknął. Tak po prostu. Bez zapowiedzi i bez okresu wypowiedzenia. Nie pozostało po nim zupełnie nic, bo też niczego nie posiadał. Oprócz istnienia na własnych zasadach. I znikania, jak się okazało.

Tak sobie teraz myślę, że nawet nie znałem jego imienia. Nie zapytałem, a przecież miałem mnóstwo okazji. Pozwoliłem mu odejść, nie spróbowałem zatrzymać go choćby na chwilę dłużej. Straciłem szansę żeby dowiedzieć się, skąd brał siłę, aby być na mojej drodze przez ten czas.

Zastanawiam się, czy nazywanie go Panem Menelem jest obraźliwe. Ale właściwie dlaczego, to określenie dobre jak każde inne. Pan Menel, Pan Nauczyciel – nie widzę żadnej różnicy.

Żyjemy w tym samym świecie.

Mamy te same prawa.

Zmierzamy w tym samym kierunku.

One comment on “JA, MENEL

  • Lilayame , Direct link to comment

    “Zastanawiam się, czy nazywanie go Panem Menelem jest obraźliwe. Ale właściwie dlaczego, to określenie dobre jak każde inne. Pan Menel, Pan Nauczyciel – nie widzę żadnej różnicy.” E? Murzyn to też określenie dobre jak każde inne… aż szkoda czytać, bo czytanie ze zrozumieniem u autora to chyba kuleje…

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *