Katolicy na tablicy

Dyskryminacja większości

Mam wśród swoich wirtualnych znajomych kogoś, kto jest medium. Naprawdę, to nie ironia. Ten człowiek egzystuje zawieszony między oddzielonymi od siebie światami: z jednej strony jestem ja i moja fejsbukowa bańka informacyjna, z drugiej strony zbiór bytów, w których realne istnienie wciąż powątpiewam, ale robiących wiele, by co jakiś czas materializować się w pilnej potrzebie zaistnienia. A pomiędzy nami on – pośrednik, przekaźnik, łącznik.

No, a tak mówiąc wprost – mam dalekiego znajomego, z którym nie utrzymuję kontaktu, śledzę natomiast z niesłabnącym zainteresowaniem treści udostępniane przez niego w sieci. Rozpowszechnia je, ale nie komentuje (pisałem już – medium), widocznie zakładając, że prawda obroni się sama. A wśród autorów branych na afisz same autorytety: eurofilozof Patryk Jaki, biskup Jędraszewski o gołębim sercu oraz cała plejada pomniejszych uduchowionych i duchownych siewców ziarna i dobrej nowiny. Chociaż – i w tym tkwi problem – o dobrą nowinę coraz trudniej. Okazuje się bowiem, że obecnie w Polsce trwa bezpardonowy atak tajemniczych sił na świętą instytucję Kościoła, nasila się chrystianofobia, stąd wniosek, że najbardziej wykluczoną i dyskryminowaną grupą w kraju są rzymscy katolicy.

Katolicy. Dyskryminowani? W Polsce?!

Na wszelki wypadek, dla pełnego zrozumienia, żeby było jasne – powtórzę:

Katolicy. Dyskryminowani. W Polsce!

Teza mocna i bezdyskusyjna, rzekłbym – dogmatyczna. A jako że z dogmatami nie ma sensu polemizować, więc… chętnie to zrobię. Pozwolę sobie jednak na zawężenie zagadnienia i skupię się na najbliższej mi przestrzeni obserwacji i refleksji. Zapraszam do szkoły.

Godło i krzyż

Szczerze mówiąc, nie wiem od czego zacząć. Może od konkordatu? Zagwarantowana w nim „wolność nauczania religii” z jakiegoś powodu w praktyce ogranicza się tylko do religii rzymskokatolickiej; przedstawiciele innych wyznań nie narzucają się ze swoją obecnością na szkolnych korytarzach i w salach lekcyjnych. Jestem nawet skłony przyjąć argument, że dodatkowe obciążanie i tak już przeładowanych planów lekcji na każdym etapie kształcenia wiąże się z ideową potrzebą misji. Jednak w tym miejscu pojawia się pytanie: skoro o misji mowa, to dlaczego księża i katecheci pobierają pensje z państwowych i samorządowych budżetów? Czy to nie leży w sprzeczności z ich szlachetnymi intencjami? (pozdrowienia dla marszałka Karczewskiego, specjalisty od pracy dla idei)

Podoba mi się także zawarta w konstytucji wzmianka, że „program nauczania religii katolickiej oraz podręczniki opracowuje władza kościelna i podaje je do wiadomości kompetentnej władzy państwowej” oraz „w sprawach treści nauczania i wychowania religijnego nauczyciele religii podlegają przepisom i zarządzeniom kościelnym”.

Władza kościelna? Czyli hierarchowie tylko jednej z wielu grup wyznaniowych, przy wsparciu swoich wybitnych akolitów, układają i zatwierdzają „program nauczania” i treści podręczników, które obowiązują każdego ucznia chcącego uczęszczać na lekcje religii w szkole. Nie brzmi to jak religioznawstwo, prawda? W dodatku, jeśli nawet okazałoby się, że wspomniane programy i podręczniki zawierają treści niedopuszczalne (jak choćby wykluczanie i piętnowanie osób nieheteronormatywnych, czy propagowanie informacji sprzecznych z aktualnym stanem badań naukowych), to ani minister edukacji, ani tym bardziej dyrekcja szkoły nie mają prawa zażądać ich usunięcia lub zmiany. Takie kompetencje posiada jedynie Komisja Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski oraz każdy biskup diecezjalny.

Dla pewności zobrazujmy to sobie – ksiądz rzymskokatolicki oddelegowany przez proboszcza pobliskiej parafii objawia się w szkole; pod pachą niesie podręcznik, który głosi, że osoby homoseksualne chcące być „normalne” powinny poddać się leczeniu, ludzi po rozwodach należy napiętnować (kochajcie się, mamo i tato, bo będzie z wami źle!), a życie człowieka zaczyna się od momentu poczęcia, ewentualnie od pierwszego spojrzenia taty na mamę, kiedy to tata pomyślał sobie „ładne ma biodra”, a Jezus zza jego ramienia mruknął z uznaniem „no, niezłe”; lekcje na powyższe tematy obligatoryjnie umieszczone są w planie zajęć każdej klasy i są oczywiście dobrowolne, ale… uczeń niepełnoletni (powiedzmy, 17letni licealista) nie ma prawa zrezygnować z nich bez zgody rodziców; podsumowując, jest to jasna i klarowna sytuacja, bez cienia przymusu i ideologizacji w przestrzeni świeckiej szkoły.

Ale zróbmy szybki powrót do przeszłości i przypomnijmy sobie, jak wyglądały nasze szkolne przygody z lekcjami religii. Jaki program nauczania na nich realizowaliście? A może okaże się, że były to głównie programy autorskie? Nie przeczę, zapewne w szkołach pracuje wielu księży, którzy kompetentnie i ciekawie uczą zagadnień związanych z religioznawstwem: mówią o różnych wierzeniach, o ich genezie, umieszczają swoje wywody w kulturowych kontekstach i stawiają przede wszystkim na zachęcanie uczniów do krytycznego myślenia. Jest takich wielu, prawda? No dobrze, może nie wielu, ale zapewne jakaś liczna grupa. Po prostu grupa? Jednostki? Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?

Bo chyba nie chcemy forsować tezy, że szkolne lekcje religii są zazwyczaj miałką propagandową pogadanką, enklawą intelektualnego zacofania, w której ceni się jednomyślność, sofistykę i kult antynaukowych dogmatów? To fałszywe założenie, wynikające z mojego uprzedzenia, prawda?

Na karb wspomnianego uprzedzenia złożyłbym także niechęć do procederu wystawiania ocen z religii i liczenia ich do średnich semestralnych i rocznych, bo jak oceniać (czyli diagnozować i dawać informację zwrotną) dziedzinę, która nie jest nauką?

Uprzedzony jestem do symboli religijnych wyeksponowanych w salach lekcyjnych w świeckiej szkole, zawieszonych pretensjonalnie obok państwowego godła.

Uprzedzony jestem do wolnych od zajęć dni z powodu rekolekcji, kiedy bez względu na wyznanie i poglądy odbiera się wszystkim uczniom prawo do nauki.

Uprzedzony jestem do zaczynania szkolnych uroczystości mszą, do święcenia nowej sali gimnastycznej przez biskupa, do obligatoryjnego uczestniczenia wszystkich uczniów i pracowników świeckiej szkoły w organizowanych corocznie wigiliach.

Uprzedzony jestem do sytuacji, w których ksiądz, pobierający takie samo wynagrodzenie jak każdy inny nauczyciel, nie partycypuje w zadaniach z dziedziny rozbudowanej biurokracji, które dyrektor rozdziela między wszystkich pracowników. No, nie wszystkich jak się okazuje, bo mężczyźni w sukniach funkcjonują w mojej firmie na specjalnych prawach.

Uprzedzony jestem i tyle, trudno zaprzeczyć. Odnoszę jednak wrażenie, że moje osobiste uprzedzenia w żaden sposób nie ograniczają wpływów kościelnej instytucji w szkole, co więcej, sam przykładam rękę do jej ekspansywnej obecności. W jaki sposób? Programowy, w końcu jestem polonistą.

Wiedza tajemna

Na lekcjach języka polskiego w liceum pierwszy semestr zaczyna się od pracy z tekstami biblijnymi. Przyznaję, lubię je i staram się – z różnym skutkiem – zarazić młodzież tym swoim lubieniem. Różnorodność gatunkowa i stylistyczna, zwłaszcza Starego Testamentu, jest niebywała. Do tego masa nawiązań w malarstwie, we współczesnej poezji, w filmach; charakterystyczne kulturowe toposy i archetypy; złożona problematyka i niejednoznaczność interpretacji – słowem, jest o czym podyskutować.

W rozmowach o tekstach biblijnych odnosimy się do szerokich kontekstów, jednak nieuniknione jest, że w pewnym momencie docieramy też do pytania: „no dobrze, ale jak sądzicie, jaka może być interpretacja w duchu religijnym?” Oczywiście pytanie to zadaję niepewnym głosem, w końcu nie jestem ekspertem w dziedzinie teologii, nie chcę mieć na sumieniu obrazy czyichś uczuć religijnych, a przede wszystkim – szanuję zdanie i przekonania swoich uczniów. Tak, praktykujących katolików również.

Ale co niezwykle interesujące, na pytanie o religijną interpretację historii Abrahama i Izaaka, cierpień Hioba, rozważań Koheleta, czy paraboli o synu marnotrawnym, najczęstszą odpowiedzią jest… milczenie. Milczenie z roku na rok coraz bardziej wyraziste i znaczące. Przełamywane sporadycznie przez jedną, może dwie osoby w klasie, które z racji utożsamiania się z katolicką doktryną próbują podjąć dyskusję, jednak zazwyczaj jest w tym więcej dobrych chęci i ciekawości, niż wiedzy i rozumienia podstaw swojego wyznania. A reszta? Ma niewielkie lub żadne pojęcie o motywach i postaciach, które wydają się być kluczowymi w… programach nauczania religii w szkole? No bo jeśli nie o tym, nie o starotestamentowej koncepcji tworzenia świata w kontekście teorii ewolucji, nie o proekologicznej postawie św. Franciszka, wyrażającej się choćby w szacunku dla zwierząt, nie o filozofii akceptacji drugiego człowieka, każdego człowieka, płynącej z nauk niejakiego Jezusa z Nazaretu… no bo jeśli nie o tym, to o czym przez tyle lat, przez dwie godziny w tygodniu (!) młodzi uczą się na lekcjach religii?!

Pomyślicie może, że młodzież milczy, bo nie interesują jej archaiczne teksty i ich problematyka? Otóż nie, wokół biblijnych opowieści trwają żywe dyskusje, w których Abraham to fanatyk religijny, Bóg skazujący Hioba na cierpienia to sadysta, a starszy syn, ten niemarnotrawny, obnaża niesprawiedliwość Boskiego planu wobec ludzkości. Aha, no i Pieśń nad pieśniami jest w porządku – sporo erotyki i żadnej wzmianki o Siwobrodym Nieprzyjemnym Starcu.

Słucham tego z zainteresowaniem i myślę wtedy o tych wszystkich świątobliwych biskupach i innych wysoko postawionych hierarchach. Śledzę (dzięki swojemu medium oczywiście) ich niepokoje, żale i napomnienia, dotyczące postępującej laicyzacji młodzieży, czy spadku liczby wiernych. Śledzę, czytam i nie mogę się nadziwić, w jak hermetycznej i oderwanej od rzeczywistości bańce żyją. Ciekawi mnie również, czy kiedyś uda im się skonfrontować swoje wyobrażenia z realiami i zauważyć, że proces laicyzacji nie postępuje, on się właśnie dokonał.

Czy to już jest przejaw dyskryminacji? Myślę, że nie warto odpowiadać. Lepiej poszukać winnych.

…jak siebie samego

Wracając do zawartej we wstępie tekstu tezy – wypada na tym etapie rozważań wyrzec się arogancji i choćby częściowo przyznać do polemicznej porażki – tak, rzymscy katolicy są prześladowani i nieustannie ośmieszani.

Prześladowani są przez głupotę i krótkowzroczność swoich hierarchów, zaangażowanych w politykę, sięgających po język nienawiści i mamlących pseudonaukowe wywody o kościelnych murach chroniących przed pandemią.

Prześladowani są przez cynicznych „katolickich” polityków, którzy ulegli iluzji i pokusie wiecznego trwania u władzy.

Prześladowani są przez ministra i jego miernych kuratorów, próbujących chrystianizować świecką szkołę i przyzwalających na wszelkie akty wykluczania uczniów i pracowników oświaty, którzy tej nachalnej ideologizacji nie chcą się poddać.

Prześladowani są przez organizacje (niekoniecznie fundamentalistyczne i finansowane przez Kreml), którym fikcja literacka Margaret Atwood zlała się z rzeczywistością.

Prześladowani są przez księży i katechetów, którzy pracę w szkole traktują jak przymusowe przejście przez dantejskie kręgi piekielne lub co najmniej czyściec.

***

A zatem, drodzy katolicy, zgadzam się i przyznaję rację: jesteście prześladowani i ośmieszani.

Jesteście prześladowani i ośmieszani, ale żeby zaraz dyskryminowani?

Nie, a na pewno nie w szkole.

02 comments on “Katolicy na tablicy

  • Dagmara , Direct link to comment

    Mocne – no i z jednej strony Prima Aprilis, z drugiej Wielki Tydzień – to się nazywa klamra kompozycyjna dla istotnych treści! W punkt! Zwłaszcza przykłady prześladowań 😊 mój syn – wierzący i zaangażowany we wspólnotę lokoalno-parafialną (oj, muszę być tolerancyjna i znoszę to dzielnie, przecież ciągle jest nadzieja, że z tego wyrośnie , może się wyleczy, tak jak chcą leczyć np. księża homoseksualizm?😉) stanowczo zażądał wypisania z religii, bo “takich bzdur, jakie ględzi ksiądz katecheta, słuchać nie zamierza”. Nie wpływ rodzica – lewicowego ateusza – ale cudowna głupota i arogancja panów w czarnych sukienkach robi religii i kościołowi bajecznie czarny pijar🤣 Nawiązując do teksu, braciom i siostrom polonistom polecam w I klasie zacząć z przytupem – porównać czcigodne (a raczej myśleniagłodne) wersy, słowo po słowie: oba opisy stworzenia człowieka (po ustawowej nudzie analizy hymnu o stworzeniu świata w 6 dni) Pierwszy szok ochrzczonych, a więc jakoby wierzących-nastolatków: to są dwa opisy? I potem już nawet nie naiwne pytanie, który jest ten “prawdziwy”: kobieta i mężczyzna jednocześnie, oboje z wolną wolą, rozumem itd. czy ten z psudoporodem znudzonego Adama i Ewą jako pomocą i rozrywką w kolejce ustawionych do ponazywania zwierzątek (czyt. do symbolicznego przejęcia władzy nad tym, co się
    nazywa)? Ale cudowne ich filologiczne zadziwienie – jak to rozumieć? Jakie wyciągać wnioski i mieć skojarzenia? Wierzący wiary nie straci, a może jakaś furtka do samodzielnego myślenia się uchyli? Fromm (vide “Miłość, płeć i matriarchat”) byłby dumny z intuicyjnych lub wydedukowanych wniosków przyszłych obrońców praw człowieka i walczących o równość itd. Bezcenne zdziwienie uczniów (przyzwyczajonych niestety do dwubiegunowej lektury ST i NT: na kolanach i całując krzyż lub szyderczo atakując kopniakiem), że Biblię wolno po prostu czytać i interpretować, ustawiać w kontekstach i przemyśleć jak nie przymierzając wiersze i nowelki z sokołem lub bez? ulotne chwile na lekcjach polskiego, ech… Tymczasem drugi syn nie tylko nie chce chodzić na religię (może to trauma kolorowanek z grobami na 1 listopada?), ale i odmawia ojcu oglądania polecanych przez pis-babcię transmisji mszy w czasach pandemii. Ach, te polskie domy kościołem podzielone, żeby sparafrazować wieszcza Kazika. Świetny tekst, Marcinie 😊

  • Grzegorz Gawron , Direct link to comment

    ja tylko w kwestii formalnej: chciałbym powiedzieć że przeczytałem, i praca nie poszła na marne 🙂
    Znakomite podsumowanie!
    Czekam z niecierpliwością aż się wszystko stanie rzeczywistością także w dorosłym ich życiu (tej milczącej młodzieży!)

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *