Oceny i lustro

Czas spotkań z rodzicami uczniów i dyskusji o ocenach „proponowanych na koniec roku szkolnego” zawsze wprawia mnie w przygnębienie i poczucie trudnego do opisania dojmującego bezsensu. Mimo że jestem w zawodzie już kilkanaście lat, wciąż nie potrafię przejść przez to bez uszczerbku. Tym razem nawet zachowanie dystansu nie pomogło. A dystans był, i to znaczący. Syn przywlókł ze żłobka jakąś bliżej nieokreśloną zarazę (nie, to nie to o czym myślicie), więc korzystając z okazji uzupełniłem słupki i tabelki, wypisałem w elektronicznym kapowniku cyferki i wylogowałem się jak najdalej wylogować się mogłem. Na L4.

A jednak pozornie bezpieczny dystans i maska szyta z ćwiczonej obojętności nie pomogły. Wirus się przeniósł. No i dlatego łażę po domu elektryczny, może nawet zły, chociaż sam nie wiem na co, za co i na kogo. Łażę i przejść nie mogę, przechodząc fazy dwubiegunowości w wersji skróconej: raz bym siedział i gapił się w okno, jak Melancholik od Weissa, a za chwilę korci mnie, żeby kopnąć sobie w coś żywego, jak chłop z piosenki Grześkowiaka. I w tej dychotomii postwywiadówkowej, mimo że w żadnej wywiadówce nie uczestniczyłem, chodzę i tkwię, tkwię i chodzę, i do żadnego wniosku dojść nie potrafię, za to przed lustro doszedłem. A że lustro na dychotomiach zna się jak nikt i nic innego, to zmierzyło mnie tylko swoim lustrzanym okiem, od stóp do głów – od Weissa do Grześkowiaka – i z politowaniem pyta:

– No i na co ty się tak wkurwiasz?

– Na co? No jak na co?! No przecież wiadomo… – a dwa razy pytać mnie nie trzeba, tylko czekam na pretekst – Przecież wiadomo, że te oceny to jakiś kretynizm (albo debilizm, słowo teraz w modzie, literackie). Debilizm w wydaniu „na żywo”, a w trybie zdalnym to już w ogóle. Męczy mnie ten przymus – ja muszę wyprodukować pięć ocen w semestrze dla każdego ucznia, każdy uczeń musi wyprodukować dla mnie te pięć ocen, chociaż różnie z tym bywa. Ta nasza sprzężona i intensywna produkcja przypomina mi trochę wydobywanie węgla: niby wiadomo, że to szkodzi i że trzeba coś zmienić, ale… „A little węgiel never killed nobody”, jest tradycja, tak być musi, szanuj Barbórkę i ukłony dla Mamusi!

I znów mnie po przeciwnych biegunach uczuć rozrzuca, bo z jednej strony jakoś mi przykro, czegoś się próbujemy – mimo wszystko – nauczyć, a efekty są… sam nie wiem jakie są, bo niby skąd mam wiedzieć? Może z wyników próbnych matur? Co roku to samo, tracę cały weekend, chociaż obiecywałem sobie, że nie będę przynosił pracy do domu, a potem czytam takie wypracowania, że smutek natychmiast mi mija. Bo z drugiej strony wściekły się robię, jak taki podkurwiony Hiob z gnoju lamentujący, albo ta Maryjka, co to wygraża na niewiernego Żydowina, kiedy już rzeczywistości pojąć i zdzierżyć nie może. No bo jak to jest, że z 60 wypracowań 50 przypomina zapis egzaminu z języka dla obcokrajowca, który od tygodnia mieszka w Polsce, przeczytał bez zrozumienia „Kamienie na szaniec” i próbuje argumentować tezy, które zaskoczyły go jak lockdown na Wielkanoc? Więc szukam bezradnie wsparcia, pożałuj mnie, stary, młody, i posłuchajcie mój zamętek, jen mi się stał w Wielki Piątek! A potem odcinam nadmiar tlenu i emocji, opadam w bezmyślność, czytam, sprawdzam, oceniam, wpisuję cyfry gdzie trzeba i tyle, misja zakończona. Z sinusoidą nastrojów i jak zwykle bez daleko idących wniosków. No bo z czego niby mają wynikać te wnioski? Z cyfr przypadkowych?

Co się kryje za cyframi? Albo kto? Chociaż to drugie pytanie uwiera jakoś bardziej, bo zmusza do tego, czego nie znoszę robić – do szukania odpowiedzi. No więc kto? Dlaczego nie odsyła pracy, albo jeśli odeśle – to jest… jaka jest? Dlaczego na zajęciach się nie pojawia, albo jeśli się pojawia – milczy? Kim jesteś, Człowieku z Cyfr? Nie jesteś wrażliwy na literaturę, a może masz tej wrażliwości nadmiar? To o czym mówimy jest dla Ciebie zbyt trudne, czy jednak w swoim środowisku obgadałeś to już tyle razy, że nudzisz się i słuchasz jak za karę? A może nie chce Ci się wstawać z łóżka na lekcje? Albo chcesz, ale nie możesz, dławi Cię bezsilność? Może jesteś od kilku miesięcy zamknięty w ciasnej klatce, a Twoi bliscy już dawno zrzucili ludzkie kształty i teraz pełzają i kąsają Cię, podtruwając młodą krew, która się nie burzy? A może piszesz, śpiewasz, projektujesz, sam po omacku układasz swoje własne sensy, bo tylko to Ci teraz pozostało? A może widzisz w czym razem tkwimy, widzisz, że szkoła to taki domek z kart, który chwieje się odkąd pamiętamy, ale wciąż nie może się rozpaść? I może chciałbyś zrobić jakikolwiek ruch, żeby ta dręcząca mistyfikacja rozpieprzyła się w końcu na kawałki, obnażając swoją pustkę? I może chciałbyś, ale może też – kto wie – masz to po prostu w dupie?

Może zatem łączy nas więcej niż mogłoby się wydawać, Człowieku z Cyfr. Ciekawe, czy cała ta obecna sytuacja wymiąchała Cię tak bardzo, że rozmawiasz czasem z lustrem? – mówię sam do siebie, już na głos i zerkam niepewnie w stronę szklanej tafli.

– No i na co ty się tak wkurwiasz?

– Właściwie… to na nic, już na nic.

– Pfff… to po co robisz zamieszanie, ferment siejesz, klawiaturę strzępisz po próżnicy?

– Po co? Nie wiem po co, może w imię zasad, skurwysynu? A tak w ogóle, to nie chce mi się z Tobą gadać.

***
Caravaggio, Narcyz (1597-1599)
własność: Galleria Nazionale d’Arte Antica, Rzym
https://pl.wikipedia.org/wiki/Narcyz_(obraz_Caravaggia) 

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *