PLAC ZABAW

„Od kiedy pojawił się i przekształcił z pomarszczonej poczwarki w małego człowieka, bywam dość często na placach zabaw”. Nie, tak nie zacznę, trąci tanim sentymentem, a w końcu lato się zbliża, zaraz pieprzniemy te wszystkie nieużywane podręczniki i rzucimy się w nurt zdarzeń pomiędzy trzecią a czwartą falą stanów depresyjnych. Na sentymenty przyjdzie jeszcze jesień.

Trudno, musi być prosto i krótko, zgodnie ze złotą zasadą blogopisania, bez silenia się na gębę kogoś kim się nie jest, choć może czasem być by się chciało. Zwłaszcza, że zegar tyka, jego krewny budzik (obaj ze środkowej Azji) niebawem zacznie jazgotać, a to generalnie w słoworóbstwie nie pomaga. Zatem:

Byłem ostatnio na placu zabaw. Z synem, więc właściwie byliśmy. I to nie na byle jakim placu! Nie nie, nie na jednym z tych małych ukrytych w osiedlowym zaciszu, na których zmęczone życiem babuszki przeżywają kolejną młodość, opiekując się wnuczętami (te lubię najbardziej), ani nawet nie na zamkniętym placu na zamkniętym osiedlu (tak, nie da się ukryć, te lubię najmniej), gdzie mieszkania kosztują dużo pieniędzy za metr kwadratowy, a ich kredytolubni mieszkańcy przyjmują wielkomiejskie pozy ludzi sukcesu nawet podczas wyrzucania śmieci mokrych, które to – i tu zaskoczenie – śmierdzą zupełnie tak samo jak śmieci mokre wyrzucane przez szarych lokatorów wielkiej płyty.

Otóż nie, tym razem pojechaliśmy na wielki publiczny plac zabaw, perłę w koronie gdańskiej infrastruktury! Perłę co prawda lekko przykurzoną, może wartą pierwszych przymiarek do renowacji, ale – precz z malkontenctwem i sianiem fermentu! Zjeżdżalnie, huśtawki – są, miejsce do biegania i istoty ludzkie w wersji demo – są, ptactwo do karmienia – jest! Wszystkie kryteria, aby usatysfakcjonować kilkulatka – spełnione.

Nie ukrywam, że ja również lubię to miejsce. Z racji swojego położenia, a być może także pewnej nowoczesności połączonej z dostępnością, jest ono punktem przecięcia dróg gdańszczan z różnych części miasta.

Można tam spotkać Mamy o śpiewnym wschodnim akcencie, doglądające swych pociech. Mam wrażenie, że każda taka para to osobna interesująca opowieść o podróży i zagadka, dokąd ta podróż prowadzi. Są Mamy zmęczone, jednoosobowe instytucje przedszkolne, mające na oku jakąś niezliczoną grupę energicznych, ekspansywnych i absorbujących mini-ludzi. Są Mamy pełnoetatowe i takie, które ewidentnie wyrabiają nadgodziny. Są Mamy na pół etatu, Mamy jeszcze radosne i takie już melancholijne, tęskniące za czymś czego nie ma i co się nie wydarzy. Są też Mamy instagramowe, z wózkami dopasowanymi pod kolor butów, z dziubkami i bez dziubków, łapiące ostrość w czasie sesji – takie szczęście na wyciągnięcie ręki. Wokół wielogatunkowych Mam są też dzieci, mniej lub bardziej udane kopie swoich pierwowzorów. No, są też Ojcowie, wiadomo, analogicznie do tych Mam różnorodni (właściwie to Ojcowie albo Tatusiowie, zależy kto do czego się poczuwa lub co mu wychodzi).

Wśród Ojców (albo Tatusiów) spotykam znajomego. Nie, nie jest tam sam, z córką jest. Własną. Tak twierdzi. Nie znamy się zbyt dobrze, wymieniamy kilka zdań, jak to w takich przypadkach: o pogodzie, o dzieciach i o pracy. Bez cienia ironii – jestem orędownikiem rozmów o pogodzie. Mam taką teorię, że kiedy ludzie mówią ze sobą o zastanych zjawiskach atmosferycznych, w różnych sytuacjach, wtedy z ich ulatniających się słów powstaje pod nieboskłonem niewidzialna kopuła, chroniąca naszą planetę przed nieprzewidzianym kataklizmem, a nawet mogąca spowolnić katastrofę klimatyczną. Ewentualnie kiedy ludzie w ogóle ze sobą potrafią rozmawiać, to jest szansa, że zadzieje się coś dobrego. Jakoś tak to brzmi, ale moja teoria jest wciąż niedopracowana.

Za to o pracy rozmawiać nie lubię. Słuchać – mogę, ale mówić – nie znoszę. Niestety, kiedy wyjdzie na jaw czym się zajmuję, to scenariusz jest nieunikniony, musi dojść do jakiejś niezręczności.

Niezręczność nr 1, kolega mówi do córki, na oko pięciolatki: „zobacz Zosiu, może to będzie twój pan nauczyciel!”. No k**** stary, tak źle mi życzysz?! A dziecko, pomyśl chociaż o dziecku! Niezręczność nr 2, kolega pracuje w branży IT, mówi coś o nowych technologiach, o nowoczesnym podejściu do tego czy tamtego problemu i pyta, jak to wygląda w szkole. No k**** stary, poczekaj aż Zosia podrośnie, sam się przekonasz jaką mamy nowoczesną edukację… Zbijamy piątkę na pożegnanie, znajomy i Zosia już wracają, my jeszcze zostajemy.

Syn się uspołecznia, walcząc z innymi dziećmi o dostęp do megazjeżdżalni (mam nadzieję, że wie co robi, w końcu ma już trzy lata), a mnie nachodzą jakieś nieprzyjemne stany refleksyjne. Jak zawsze po gadkach o szkole. Bo niby nie lubię, męczy mnie, ale jednak się utożsamiam. Jak to było? Szkoła – dzieci – nowoczesność? Mam ostatnio taką miarę oceny rzeczywistości, że konfrontuję ją z aktualną listą lektur. Zapewne nie ma to żadnego znaczenia i nie warto brnąć w jakiekolwiek wnioski, bo… Szkoła – dzieci – nowoczesność?

Dzieci na liście lektur? No pomyślmy. Jeśli martwe się liczą, to jest nieodzowna Orszula czyniąca pustki w domu tym zniknieniem swoim. Szczerze? Tata Jan miał wobec córki takie oczekiwania (słowiańska Safona?!), że może… ehhh zostawmy to, de mortibus i tak dalej.

Kto jeszcze… Jest dziesięciolatek zakuty w kajdany i wywożony kibitką na Sybir, czyli narodowokatolicka fantazja Wieszcza.

Jest Jerzy Stanisław aka Orcio, upiorny niewidomy chłopiec-mędrzec, ofiara toksycznej matczynej miłości i niedojrzałości swojego ojca – Poety. Przerażające jest to, że autor „Nie-Boskiej…” wyrzucił z tej postaci wszystko co dziecięce, zachował tylko powłokę. Zombie.

Przy romantyzmie pozostając, pojawia się Janek, który szył psom buty. Chociaż jego komercyjny życiowy sukces jest osiągnięciem nie dzięki, ale wbrew innym, wbrew dorosłym. W końcu już w szkole bito chłopca w ciemię i nawet mimo zastosowania tak wysublimowanej metody dydaktycznej, nie wróżono mu świetlanej przyszłości.

W tematyce bicia dzieci okazale prezentuje się też scena z „Ludzi bezdomnych” i konfrontacja doktora(!) Judyma ze swawolnym Dyziem: „Skoro tylko powóz się wstrzymał, otwarł drzwiczki, jednym zamachem skoczył na ziemię i wyciągnął ze sobą Dyzia. Tam ujął go za kark lewą ręką, przechylił w sposób właściwy na kolanie i wysypał mu prawą około trzydziestu klapsów z pod ciemnej gwiazdy. W trakcie tej operacyi słyszał rozdzierający krzyk damy, czuł szarpanie za rękawy, nawet drapanie paznogciami, ale nie zwracał uwagi. Matka nieszczęsnego skazańca zerwała Judymowi kapelusz z głowy, rzuciła go w pole i wrzeszczała, jak obłąkana. Gdy doktora dłoń zabolała od razów, wrzucił chłopaka na siedzenie powozu, wyciągnął swoją walizkę, wziął ją w rękę i kazał jechać”. No cóż, zapewne sobie zasłużył, nie ma sensu wnikać w przyczynę.

Kto tam jeszcze… Jest Józef ze „Sklepów cynamonowych”, kolejna niby-dziecięca hybryda, ale tego i tak nikt nie czyta. Są jakieś groteskowe Gombrowiczowskie Syfony i Miętusy, o gębach chłopiąt i chłopaków. Są w końcu dziewczęta nastoletnie, wszystkie te Zofije i Danusie, wobec których przygotowuje się przyspieszoną inicjację wchodzenia w dorosłość.

Szkoda słów i szkoda czasu. Szkoła – dzieci – nowoczesność, brzmi jak temat konferencji ministerstwa edukacji, która nigdy się nie odbędzie. Z drugiej strony, może to lepiej. Podobno najlepszym sposobem na dziecięcy dobrostan ma być promowanie familiologii jako kluczowej dziedziny nauki oraz dołożenie do planu lekcji kilku godzin historii (z wyodrębnieniem historii Polski, będzie zatem miejsce na rozmowy o dzieciach w kibitkach i o dzieciach bitych w ciemię za niewłaściwe zachowanie).

Myślę sobie o tym wszystkim na wielkim placu zabaw, patrząc na syna i zastanawiając się, w jakim miejscu będziemy za te kilka lat, kiedy Szkoła zapuka do naszych drzwi (nie wiem dlaczego, ale wyobrażam ją sobie pod postacią Ponurego Żniwiarza, albo chociaż tego gościa z „Siódmej pieczęci” Bergmana, a ja przecież nie potrafię grać w szachy).

Myślę sobie o tym wszystkim na placu zabaw, który jest punktem przecięcia dróg gdańszczan z różnych części miasta. Widzę, jak w kolejce do megazjeżdżalni, tuż za moim synem, stoi niepozorna dziewczynka, lekko zdezorientowana, bo wdrapanie się na megazjeżdżalnię nie jest łatwe. Z pomocą przychodzi jej mężczyzna mniej więcej w moim wieku, z twarzy raczej Ojciec, niż Tatuś. Surowy, milczący. Ma na sobie bluzę w biało-zielone i biało-czerwone barwy, na niej napisane, że Wielka Lechia razem coś tam Hooligans Bóg Honor Ojczyzna, taka mozaika idei. Ojciec bez słowa podnosi dziewczynkę i pomaga jej wejść na zjeżdżalnię. Kiedy wyciąga ręce, przyglądam się jego odsłoniętym tatuażom. Też tworzą mozaikę, a być może pobojowisko śladów po różnych życiowych potyczkach. Las symboli jest nieczytelny, poza tym, że w okolicach przedramienia wyrasta z niego okazała czarna swastyka.

***

Władysław Hasior – Wyszywanie charakteru (asamblaż), 1974,
Muzeum Narodowe w Poznaniu;

zdjęcie dzięki: Polish Masters of Art (Facebook)

(tekst opublikowany 7 czerwca 2021)

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *