ZMARNOWANE POKOLENIE

Przecież jesteśmy tacy młodzi, tacy młodzi
Ludzie nam tego nie wybaczą
~M. Staszczyk

Pokolenie pandemii. Pokolenie zdalnej nauki. Topniejące płatki śniegu. Zetki. iGen. Bękarty Internetu. Sieroty JPII. Czarnkowe pacholęta. Młodzi to zmarnowane pokolenie, nie da się ukryć.

Dowody? Bardzo proszę. Od urodzenia w sieci wirtualnych problemów. Z daleka od krwiobiegu życia i tętna pulsu. Bezstresowo wychowani, karmieni bananami i ambrozją. Noszący spodnie niedopasowane do norm: przyciasne rurki albo cięte nad kostką, na wysoką wodę. A tak w ogóle to nostalgiczni, melancholijni i depresyjni. I słabi, o psychice kruchej niczym porcelana, której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu. Niesamodzielni i niepotrafiący się buntować. Rzadko się uśmiechają, zdarza się, że nie mówią dzień dobry, nie ustępują starszym miejsca w tramwajach. Podobno też nie słuchają księdza i piosenek Krawczyka.

Nie to co my! My, czyli wszyscy nie-Oni, ci starsi i normalni. Zdrowi i czerstwi, wychowani na błędach i podwórkach, trzepakach i siniakach. Oprócz błękitnego nieba nic nie było nam potrzeba, komputery widzieliśmy w Ósmym pasażerze Nostromo na kasecie VHS, a telefony karmiliśmy żetonami i kartami magnetycznymi. Ćwiczyliśmy się w dzikości i samodzielności. W domu bywaliśmy tak rzadko, że własne matki poznawaliśmy tylko po głosie, kiedy wołały nas na obiad drąc się z balkonu. Ojców nie znaliśmy wcale. Włóczyliśmy się po ulicach, oglądając witryny strzegące nowych butów, których nie mogliśmy nosić. Byliśmy bardzo tolerancyjni – tolerowaliśmy podobnych sobie. Byliśmy silni, bo bojąc się silniejszych, gardziliśmy i wyśmiewaliśmy słabych. Chodziliśmy na dyskoteki i słuchaliśmy anglojęzycznych piosenek, chociaż niewiele z nich rozumieliśmy. Chodziliśmy do kościołów i słuchaliśmy umoralniających kazań, chociaż niewiele z nich rozumieliśmy. Ale tak było trzeba. Spełniliśmy twardą bożą służbę, nieść będziemy kaganek oświaty i niech nikt nad grobem nam nie płacze!

Kim jesteśmy dzisiaj? Jesteśmy pokoleniem 30-40-50cio latków, którzy wszystko wiedzą najlepiej. Lubimy żyć przeszłością i tęsknić za nieokreślonym. Kupujemy sobie drogie ubrania i samochody, które nie dają nam szczęścia. Mamy kredyty, dzieci, byłych mężów i eks-żony, co wedle naszych kryteriów czyni nas dojrzałymi. Przestaliśmy chodzić do kościołów, ale dzieci chrzcimy, a druga żona znów chciałaby ubrać białą sukienkę i stukać obcasami w rytmie Ave Maria. Jesteśmy tak zahartowani i zdrowi, że nie robimy badań lekarskich w obawie przed diagnozą raka, cukrzycy i chorób wenerycznych. Bunt i niezależność mamy we krwi, dlatego od trzydziestu lat nie potrafimy zmienić pracy, ani nawet poprosić szefa o podwyżkę. Bunt i niezależność mamy we krwi, dlatego głosujemy w demokratycznych wyborach na polityków o autorytarnych zapędach. Sami świetnie przystosowani do życia, tak samo dbamy o nasze dzieci, dlatego dajemy im rozsypujące się struktury państwa, ograniczone prawa obywatelskie, bilionowy dług publiczny, zanieczyszczone powietrze i zbliżającą się nieuchronnie katastrofę klimatyczną. Niech się zmierzą z prawdziwymi problemami. Niech się wykąpią w cuchnącym styksowym mule i rosną w siłę.

A może robimy to wszystko, ponieważ jesteśmy pewni, że ci młodzi, ci nie-My, dadzą sobie radę? Mimo tego co o nich mówimy i piszemy. Mimo tego co zdarza nam się pomyśleć. Jesteśmy pewni, że warto im zaufać. Zresztą, nie mamy innego wyjścia. Po prostu zazdrościmy im, że są tym, czym my już nie jesteśmy. I droczymy się trochę. Widzimy ich wrażliwość i empatię, a przecież tak długo mówiono nam, że to przejawy słabości. Nie rozumiemy ich otwartości na drugiego innego człowieka, a nawet przeraża nas ich tolerancja i to jak łatwo potrafią poruszać się w różnorodności i złożoności świata. Nie rozumiemy jak to możliwe, że odrzucają autorytety, które nas krępowały i odbierały poczucie niezależności. Złościmy się i podziwiamy jednocześnie, że wymykają się naszym nakazom i zakazom, idą swoimi drogami i nie oglądają za siebie. A jeśli trzeba, to potrafią wyjść na ulice i wykrzyczeć, gdzie przebiega granica ich wolności i ich świata. Świata, którego nie zrozumiemy, bo już nie należy do nas. Im szybciej się z tym pogodzimy, tym lepiej. Dla wszystkich lepiej.

***

Lubię myśleć o młodych jak o nowym pokoleniu romantyków. Romantyków wyrastających z tragizmu i ironii swoich czasów. Doświadczonych pandemiczną historią idealistów, tęskniących za światem wyobrażonym, może trochę naiwnym, kędy zapał tworzy cudy i obleka w nadziei złote malowidła. Dla mnie ten świat jest już niedostępny, ale dlaczego miałbym im go odmawiać? Niech nawet sobie będą jednością silni i rozumni szałem, kiedy jak nie teraz? Kto jeśli nie oni? Ze swojej bezludnej wyspy zalanej gnuśności odmętem będę przyglądał się, jak z gruzów odbudowują rzeczywistość na nowo. Rzeczywistość dobrą dla nich, rzeczywistość dobrą dla mojego syna. Wystarczy już tych zmarnowanych pokoleń.

fot.: Małgorzata Wawro

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *